I znowu zima
No tak jakoś się złożyło, że nie miałem kiedy zrobić kolejnej odsłony „Mojej Biebrzy”. Jesień to trudny czas, dużo innych zajęć. Pewnie już tak zaczynałem kiedyś, ale taka jest prawda. Trudno o dobry materiał zdjęciowy, zwłaszcza jak się zdjęć nie robi. A sam tekst jak wiadomo to mało. Dobrze jest pokazać jakiś „dziki” obiekt, zwłaszcza jeśli talentu poetyckiego brakuje, by go opisać. Wszystkich zniecierpliwionych przepraszam i tym razem nie obiecuję, że będzie lepiej.
W każdym razie, obiektyw z serwisu odebrany i sprawny. Zawsze będę mówił tylko dobre rzeczy o serwisie SIGMY w Gdyni. Naprawili i wysłali. W przyszłość więc patrzę pełen optymizmu. Zanim obiektyw się zszedłbył, udało mi się jeszcze pstryknąć kilka byczków…no, na tych mi szczególnie zależało, bo jakoś nie miałem okazji do spotkań z rozbuchanymi samcami na bukowisku. W tym roku udało się przyczaić i pośledzić kilka poszukujących erotycznej rozkoszy rogaczy. Jak zwykle doświadczenie pokazało, że nie jest to wcale łatwe i „podlaskie wielbłądy” wybierały takie ścieżki, na których Marek nie stał z aparatem. Dogonić zaś, nawet spokojnie dryfującego przez bagno byka, nie jest łatwo. W woderach i maskałacie zwłaszcza. Klępy zawstydzone odciągały w chaszcze swoich kochanków, a ja drałowałem za nimi niczym sparzony prosiak. Kilometr po takich kępach, to wyjątkowy wysiłek i nawet przy temperaturze około zerowej, po półgodzinie odczuwałem chorwacką termikę. No, ale pewnie śmierdziałem jak łoś, albo bardziej, bo nie były mną wcale zainteresowane. Byki zaś, czasem dawały mi do zrozumienia, że nie są zadowolone z mojego towarzystwa. Mam nadzieję, że na zdjęciach to widać.
Pewnie widywano w tym roku dorodniejsze egzemplarze, ale powiem szczerze, że ja pierwszy raz na swoich zdjęciach trafiłem łosie z takim porożem. Wszyscy przecież wiedzą, że nasze rodzime ALCESY nie wykształcają takich imponujących łopat, jak alaskańskie MOOSY. Jednego nawet zrobiłem razem z p. Kłosowskim i widziałem już jego zdjęcie w „Dzikiej Polsce”. Gwiazda z tego łosia, ale faktycznie jego rogi robiły wyjątkowe wrażenie ze względu na zabarwione krwiście łopaty.
Inne rzeczy godne odnotowania, to spotkanie z późno jesiennymi gęgawami, jeszcze przed śniegiem i wczesno zimowe spotkanie z rodziną wydr. Dostrzegłem je z bardzo daleka i nie byłem przygotowany na przebieżkę po śniegu. Ale oczywiście: zmarnowane okazje...Poszedłem...Zmarzłem historycznie, władowałem się jedną nogą w wodę. Na dworze minus piętnaście. Żeby wygodnie było nacisnąć spust migawki zostawiłem rękawice w aucie. Już po dwudziestu metrach w śniegu temperatura moich dłoni i obudowy (wyremontowanej) sigmy się wyrównała, oczywiście w dół. Warto jednak było. Zanim mnie dojrzały zrobiłem kilka zdjęć.
Oparzelisko na rowie było dla nich wyjątkowo zasobnym miejscem, bo wszystkie konsumowały tłuste i smakowite liny. Było tak zasobne, że wydry nie chciały uciekać, tylko postanowiły mnie przepędzić. Najbliższy osobnik wynurzył się koło mnie około 80 centymetrów, fucząc i szczerząc na mnie zęby. To ich brzydka i stara matka!!! (może ojciec?) Młodziaki (też brzydkie) trzymały się dalej 2-3 metry, bulgocząc w tej wyjątkowo zimnej kipieli. Wiem co mówię: prawy but wyciągnąłem właśnie z wody. Może ktoś się obruszy, ale wydry są wyjątkowo nieładnymi twarzyczkami. Coś w nich jednak jest, skoro stałem tam jak głupi osioł i chciałem dzwonić po straż pożarną, bo myślałem, że nie odkleję się sam od lodu. Po kilku agresywnych wynurzeniach wydr, postanowiłem się wycofać i skostniały dopełzłem do samochodu. Odpaliłem wyświetlacz aparatu i ... warto było. Brzydale są przepiękne.
No dobrze…Dlaczego nie pisałem tak długo? Jest jeszcze jeden powód. Kończyłem pewien projekt. Temat zaczął się dawno temu i upadł wraz z awarią mojego twardego dysku. Po kilku latach wróciłem i właśnie go zamykam. Jestem już po rozmowach z dobrymi ludźmi i chciałbym, aby książka pod tajemniczym tytułem „Biebrzański kłusownik” ujrzała światło dzienne w 2010 roku. A o czym…może napiszę następnym razem?
Z życzeniami Jeszcze Lepszego Nowego 2010 roku – Marek Syguła.